Posty

I'm a little bit of everything

...all rolled into one.
Że jednak mam potrzebę mówienia, nieudolnego ubierania myśli w słowa i podarowania im błogiej wolności - uświadamiam sobie, wpisując którejś nocy w przeglądarkę hasło "psycholog Kraków". Że ta chęć zgłoszenia się po pomoc wkrótce minie, bo ustąpi jej przekonanie, że nie jest konieczna (pewnie nastąpi to już o poranku) - wiem, dlatego podświadomie szukam innego rozwiązania i tym razem pierwsze hasło, które przychodzi mi go głowy, brzmi następująco - "blog".
Że może mam coś jeszcze do przekazania - coś, co samo przychodzi mi już wystarczająco naturalnie - jestem pewna, stojąc i prezentując ćwiczenia z kategorii wokalno-teatralno-dziwne moim uczniom, którzy je przykładnie powtarzają, bo są w stanie mi zaufać i uwierzyć w moje kompetencje. I chociaż nie znalazłam się na tym stanowisku dążąc bez ustanku do wyznaczonego celu, a raczej przypadek wziął mnie za rękę i posadził za klawiaturą pianina, tym razem jest mi tam bardzo wygodnie. Pomimo tego,…

Simple Twist Of Fate

Obraz
Na studia dzienne dostałam się kilka dni przed rozpoczęciem roku akademickiego. I, nie mając czasu na rozważanie „za” i „przeciw”, już kolejnego dnia po otrzymaniu informacji pojechałam do szkoły, w której podjąć zamierzałam naukę w ramach studiów zaocznych i wypowiedziałam zawartą wcześniej umowę. Powiadomiłam także mojego pracodawcę o zaistniałej sytuacji – i może warto w tym miejscu nadmienić, że musiałam to zrobić ze względu na fakt, iż we wrześniu zdążyłam stać się „panią od śpiewu”. Panią na umowie-zleceniu. Panią Martyną. Trenerem wokalnym, czasem życiowym doradcą. Przysięgam – nie specjalizuję się w żadnej z tych dziedzin. Potrafię tylko dobrze improwizować.
Nagle znalazłam się w jednym z krakowskich autobusów z materialną esencją dotychczasowego życia zamkniętą w walizce na niesprawnych kółkach. Z nieświadomością rzeczywistości. Licząc przystanki. Wysiadłam na właściwym, ale czy właściwie wybrałam? Jedyne, co zdążyłam sobie poukładać, to ubrania w szafie na wyznaczonych mi p…

Spisana na straty

Nieudacznica.
W komediowym tonie chciałam opisać swoje wady. Ubytki. Upośledzenia. Jak zwał, tak zwał. Przeistoczyć w żart, przystroić w sarkazm i posłać w świat. Tak jakby przyznawanie się do ułomności zasługiwało na medal, a pogodzenie się ze swoją pierdołowatością zwalniało z odpowiedzialności czy ratowało od wylewającej się z mediów i ust znajomych, potrzeby, możliwości, a właściwie konieczności samorozwoju. Z zewsząd docierają do mnie informacje o tym, że najważniejsza jest akceptacja siebie. Akceptacja siebie - jakże pięknie to brzmi! Tylko tyle. Nic więcej. High life. To może tak zaakceptowałabym wszystko to, co dotychczas mi wadziło i byłoby z górki?
Nie ukrywam. Byłoby spełnieniem marzeń, gdyby ta moja bezpardonowość przynosiła profity. Niech szczerość usprawiedliwia lenistwo i pozwala na odcinanie kuponów od codziennych pokazów życiowej niezdarności – taka olimpijska emerytura dla człowieka zbudowanego z niedoskonałości. Przyrzekam, przyznałabym się wówczas do każdej rysy na o…