piątek, 16 lutego 2018

Elektroradiologia - po sesji, bez presji

Jako student po zakończonej sesji, wróciłam do domu rodzinnego. Po tygodniu, który poświęciłam trzem ostatnim egzaminom i przygotowaniu się go nich, czułam się jak kret wychodzący na powierzchnię lub programista odsłaniający rolety w swojej pracowni, taki z ewidentnym niedoborem witaminy D3. Trochę nieswojo.
Mam pewność, że wszystkie egzaminy udało mi się zdać i nie targają mną emocje frustracji czy nadmiernej ekscytacji, więc uznaję ten moment za właściwy do opowiedzenia Wam o moich studiach – o elektroradiologii. I w tym miejscu za stosowne wydaje mi się wymienienie kilku wariantów reakcji, z którymi spotykam się, gdy wymawiam nazwę kierunku, informując o nim zainteresowane osoby:

- Elektro… Co?
- A, elektrokardiologia!
- Współczuję.
- Elektro? Aha, radiologia! Bo już myślałam, że to coś męskiego!
- Podziwiam…
- O Boże…  A co to jest?

Po trzech semestrach studiowania nie jestem zaskoczona żadnym z powyższych zdań i ich pochodnymi. A mojej babci to nawet nazwę kierunku dzielnie literowałam, by się pochwalić mogła co tam wnuczka studiuje. Odkryłam także, że jest to dobry trik przy zawieraniu nowych znajomości (szczególnie na imprezach). Pytanie o to co ja właściwie na tych studiach robię, sprawia, że zarówno ja, jak i rozmówca bawimy się wspaniale. On - zgadując, ja - wysłuchując nierzadko fascynujących odpowiedzi.
Chętnie tłumaczę, wyjaśniam, odpowiadam na pytania, rozwiewam wątpliwości, bo w niewiedzy i ciekawości nie ma nic niewłaściwego. Przecież musi ona z czegoś wynikać! I nie mogę powstrzymać się tutaj przed przytoczeniem anegdoty, którą usłyszałam podczas praktyk wakacyjnych w pracowni rentgenowskiej. Historia dotyczyła mężczyzny, który podjął studia na kierunku elektroradiologia z przekonaniem, iż po ich ukończeniu będzie naprawiał radia. Dziwnym trafem, nie zraziła go medyczna terminologia, cierpliwie czekał na tematy pokrywające się z jego zainteresowaniami. Podobno wytrzymał zadziwiająco długo zanim zrezygnował!

Najprościej mówiąc, elektroradiologia to kierunek dotyczący wykonywania badań, m.in. RTG, tomografii komputerowej, rezonansu magnetycznego, EEG czy EKG. Badań, a co za tym idzie, możliwości zatrudnienia (przynajmniej w teorii) jest wiele  – technik elektroradiologii odgrywa istotną rolę w radioterapii, medycynie nuklearnej czy, na przykład, badaniach audiometrycznych (badania słuchu). Dziś jednak nie chciałabym skupiać się przekazywaniu Wam mojej, póki co wybrakowanej, wiedzy. Nie czuję się wystarczająco kompetentna, by udzielać Wam informacji związanych z procedurami medycznymi. Na razie jedyne, co mogę zrobić, to przedstawić Wam moją drogę i owy kierunek z perspektywy studenta i postaram się to uczynić jak najlepiej tylko potrafię.

Sama o tym kierunku dowiedziałam się jakiś czas po maturze - przypadkiem, przeglądając strony różnych uczelni, nie mając określonych pomysłów na dalszą drogę edukacji. Nie miałam więc możliwości rozważania studiowania elektroradiologii podczas nauki w szkole średniej, czego żałuję. Jest duże prawdopodobieństwo, że wówczas nie próbowałabym usilnie przyswoić w istocie nieprzyswajalną dla mnie nauki chemii (która wydawała mi się niezbędna do podjęcia studiów związanych z medycyną) i może podjęłabym się pisania matury z fizyki, do której jakoś zawsze było mi nieco bliżej. I biorąc pod uwagę to, co napisałam powyżej odnośnie moich zainteresowań i słabości, nie potrafiłam wyobrazić sobie siebie w roli farmaceutki, fizjoterapeutki, pielęgniarki, ratownika medycznego czy położnej. Dopiero, gdy trafiłam na elektroradiologię poczułam, że to może być coś dla mnie – zależało mi bowiem na tym, by po ukończeniu studiów mieć „fach w ręku”, coś w miarę określonego w ramach umiejętności zawodowych, w kontraście do wiecznie niepewnej działalności artystycznej. Moim marzeniem było znaleźć taki zawód, który daje opcję realizacji zadań związanych z zainteresowaniami medycznymi, ale nie zdominuje stuprocentowo życia (jak choćby kierunek lekarski), nie wymaga poświęcenia mu całej swojej energii i czasu i nie eliminuje możliwości rozwijania się w dziedzinie twórczości oraz działań kreatywnych. Na etapie studiów udało mi się osiągnąć tę upragnioną równowagę, lecz czy będę w stanie osiągnąć ją w pracy zawodowej, o ile taką podejmę - czas pokaże. Skłamałabym jednak, gdybym napisała, że nie gorszych przeżywam momentów, czasem nawet takich, w których mam ochotę studia rzucić – oczywiście, że one raz na jakiś czas się przydarzają. Zwykle jednak po niedługim czasie uświadamiam sobie, że trudno byłoby mi znaleźć inny kierunek, na których bym się odnalazła, ponieważ pomimo umiłowania do tworzenia tekstów lirycznych i epickich, uczyć lubię się procesów, z których jedno działanie wynika z drugiego i treści konkretnych, które można spisać w punktach, zamknąć w schematach czy wyliczyć.

Jednym z powodów, dla którego uznałam, że stworzenie tego postu będzie uzasadnione było to, iż zapragnęłam zasygnalizować istnienie takiej możliwości rozwoju - może dzięki temu Wam lub Waszym bliskim zaoszczędzę kilku dylematów. Ponadto, chciałabym po prostu zachęcić Was, czyli docelowo uczniów biol-chemów, biol-chem-fizów (do tej grupy ja się zaliczałam), biol-chem-angów czy innych pokrewnych rozszerzeń w szkole średniej, do studiowania elektroradiogii - kierunku, który nazwałabym medyczno-techniczno-społecznym, bo to nie tylko obsługa aparatury elektromedycznej, lecz także, a może przede wszystkim, stały kontakt z pacjentem w trakcie terapii czy procesu diagnostycznego.


Z moich obserwacji nieznajomość elektroradiologii jako możliwości kształcenia wynika z kilku czynników, m.in.:

  • Jest to stosunkowo nowy kierunek kształcenia w ramach studiów dziennych. Większość osób pracujących aktualnie w zawodzie ukończyło studium, jednakże w ciągu mojej krótkiej przygody z praktykami, spotkałam wśród nich kilka takich, które zdecydowały się na studia licencjackie – z bogatym doświadczeniem zawodowym, poszerzają swoje kompetencje, często wracając do nauki po latach. W moim odczuciu jest to bardzo cenne, bo zarówno zbytnia pewność siebie na początku drogi, jak i rutyna, potrafią być zgubne.
  • Niewiele osób ma możliwość podjęcia nauki (więc teoretycznie to, iż nie jest znany, działa na korzyść rekrutów) – mój rok liczy obecnie 21 osób, podczas gdy zaczynaliśmy w składzie nieznacznie przekraczającym liczbę 30.
  • Nieliczni mają świadomość istnienia zawodu elektroradiologa/technika elektroradiologii. Ten wniosek przyszedł mi do głowy po lekturze bloga dziewczyny chorującej przewlekle na chorobę Leśniowskiego-Crohna, która opisując badania, zawarła w poście informację, iż wykonywali je lekarze, co prawdopodobnie nie miało miejsca, bo zadania te należą właśnie do techników - choć oczywiście nie wykluczam możliwości istnienia lekarzy zaznajomionych z procedurami wykonywania zdjęć rentgenowskich (bo o nich była akurat mowa) i mających do tego prawo.
    Jeśli nie mieliście o tym pojęcia, będąc pacjentem, nie macie powodu do zmartwień czy wstydu – taka wiedza nie jest Wam niezbędna i żeby utwierdzić Was w tym przekonaniu, krótka historia:
    Uczestniczyłam w minionym semestrze w zajęciach, podczas których nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że wykładowca nie wiedział, jaki kierunek jest jego słuchaczem i jakie są nasze zadania w potencjalnym przyszłym zawodzie. Dlaczego? Przez ponad połowę wykładu starał się uświadomić nam jak istotna w leczeniu pacjenta jest rehabilitacja (z czym oczywiście nie sposób się nie zgodzić) i usilnie wpajał nam, że jest to nasza rola (a do tego mam już pewne obiekcje i na pewno nie mam na ten temat jakiejkolwiek wiedzy).


Jako że zaletami przepełniłam już powyższe akapity, w poniższych punktach wypiszę to, co postrzegam jako wady (choć nie widzę przeszkód ku temu, by dla kogoś innego były to atuty):

  • Jeden przedmiot = wielu wykładowców, co często oznacza również niejednoznaczne wymagania. Zwykle zmieniający się dynamicznie prowadzący urozmaicają naukę przedmiotu, w końcu ciekawie jest wysłuchać różnych punktów widzenia, jednak problem pojawia się podczas przygotowań do zaliczenia, a to przysparza niepotrzebnego stresu. Zdarzają się sytuacje, w których to, co jest nieistotne w kontekście naszego kierunku według jednego wykładowcy, jest z kolei najważniejszym zagadnieniem w opinii drugiego.
  • Zajęcia w różnych lokalizacjach. Jeżeli studia kojarzą Wam się z wykładami, ćwiczeniami i seminariami odbywającymi się w jednym budynku a myślicie o podjęciu nauki na Wydziale Nauk o Zdrowiu UJ, właśnie w tym momencie powinniście zapomnieć o tej wizji. Dzień pełen zajęć to dzień pełen przemieszczania się, więc zaprzyjaźnienie się z krakowską komunikacją miejską i aplikacją typu "Jakdojade" to mus! Taka jest specyfika tego kierunku - zajęcia w wielu placówkach, związanych z różnymi dziedzinami medycyny. Pierwsze tygodnie dla kogoś kto nie zna miasta, będą bardzo trudne, ale skoro nawet mi udało się przetrwać i przyzwyczaić do tego, jestem w stanie zaryzykować stwierdzenie, że każdy da radę. Z drugiej strony... Ten przymus podróżowania po Krakowie umożliwia jego poznawanie.
  • Harmonogram zajęć, który zmienia się dynamiczniej niż kobiece nastroje. Plan zajęć na każdy tydzień jest jedyny i niepowtarzalny, więc trzeba skrupulatnie pilnować godzin i miejsc. Często w ciągu jednego dnia jest to kilka przedmiotów, w różnych budynkach, od rana do wieczora, z przerwami. Stanowi to trudność dla tych, którzy chcieliby w trakcie studiów pracować. 

Zakończę zawsze wyczekiwanym przez studentów zdaniem - na dziś wystarczy!
Czy słyszeliście wcześniej o elektroradiologii czy też dzięki mnie zetknęliście się z nią po raz pierwszy? Czy dowiedzieliście się czegoś nowego z mojego postu? Czy coś Was zaskoczyło, rozbawiło, zachęciło lub przeciwnie - zniechęciło?
Jeżeli macie jakiekolwiek pytania, zadawajcie je w komentarzach/w wiadomości prywatnej/mailowo, chętnie na wszystkie odpowiem lub stworzę na ich podstawie kolejną notatkę! :)

Pozdrawiam!
Czytaj dalej »

środa, 31 stycznia 2018

Treningowe podsumowanie stycznia 2018

Nie zapowiadałam tej serii postów – a mam nadzieję, że uda mi się uczynić z tego comiesięczny rytuał. To nie tak, że nie wierzyłam, iż będę w stanie sprostać narzuconemu przez samą siebie wyzwaniu. Wystartowałam. I stwierdziłam, że jeśli się uda, zrelacjonuję Wam to na blogu.
Ze świadomością swoich upodobań i wad, z bagażem (bądź doświadczeniem, jak zwał tak zwał) w postaci setek niepowodzeń – bo pewnie tylu bym się doliczyła, gdyby je wszystkie pozbierać - rozpoczęłam realizację mojego mini postanowienia opisanego w poprzednim poście. Po prostu. Spróbowałam pewnego dnia i postanowiłam próbować każdego następnego.

Po moich ukochanych miesiącach, listopadzie i grudniu, w których zwykle budzę się twórczo, przychodzi styczeń. Ten miesiąc działa na mnie jak kubeł zimnej wody. Wybudza z pełnego magii, zimowego snu, bezczelnie pozbawia prawa do pochłaniania kilogramów świątecznych przysmaków, każe otrząsnąć się z sylwestrowej beztroski i wydaje klarowne polecenie „pracuj!”, które zwykle w ciągu kilku pierwszych styczniowych poranków przypomina mi pobudkę o 6:00 w świecie powakacyjnego studenta, czyli w pierwszym dniu roku akademickiego, w którym to zajęcia z przedmiotu „Wybrane zagadnienia z chirurgii” rozpoczynały się o 7:30. To mniej więcej ten sam rodzaj egzystencjalnej rozpaczy z dodatkiem skrajnej nieumiejętności odnalezienia się w noworocznej rzeczywistości.

I nagle pojawia się ona…
Napada na mnie w drogerii, na przystanku autobusowym, na zakupach w hipermarkecie i zarządza, by „zrobić to nał”. I nawet na tych zakupach zmusza do zrobienia przysiadu w celu sięgnięcia po sygnowanego jej nazwiskiem batona.
Nie musisz jej nawet lubić, by się w niej zakochać. Paradoks? Jak sama mówi – „miłość do mnie rodzi się
w bólu”. W końcu w imieniu Chodakowskiej walczy cała armia hormonów i wojowniczek pod ich wpływem. A ja w 2018 roku, po raz kolejny, zaciągnęłam się w ich szeregi. I chciałabym tym razem zostać na dłużej, wypracować nawyk, dla odmiany. Bo zwykle dołączałam do nich z doskoku i na chwilę, odchodziłam, po czym tęskniłam i wracałam jak bumerang, gdyż, ostrzegam , pozytywne skutki nawet kilku treningów są wyraźnie odczuwalne i uzależniające!

Co najbardziej w działaniach Ewy Chodakowskiej mi się podoba?

Hasło „zdrowie”. I polecam je stosować zarówno w diecie, jak i w przypadku podejścia – do ćwiczeń i życia.
To, że dzięki niej ze sportu została zerwana etykieta „dla wybrańców” i stał się on „dla każdego”. Gdyby nie Ewa i grupa jej zwolenniczek, pięknie różnorodnych kobiet, pewnie nigdy nie uświadomiłabym sobie na jaki wysiłek mnie stać, gdyż, oprócz lekcji wf-u, aktywność fizyczna i ja żyłyśmy sobie w dwóch zupełnie odrębnych, niezazębiających się ze sobą światach.


Tym razem zaczęłam, bo pragnęłam „naprawić głowę” – a wiedziałam, że trening to jedno
z najskuteczniejszych dla mnie narzędzi do osiągnięcia tego celu. To, co somatyczne, z psychiką nierozerwalnie jest związane, toteż już po miesiącu widzę rezultaty codziennych zmagań. Kiedy w ciągu dnia jestem w stanie znaleźć czas na przebrnięcie przez program treningowy, potrafię efektywniej planować i organizować zadania, również te zupełnie niezwiązane z wysiłkiem na macie. W tym miesiącu ćwiczenia pomogły mi zredukować stres związany z nauką i wypracować odpowiednie, racjonalne podejście do niej.

A ciało? Mam świadomość, że to mi darowane nie jest najbardziej fortunnym egzemplarzem. We wszechobecnym ciała kulcie, wymagam od niego tylko tego, by mnie zanadto nie ograniczało – a ono zaczęło mnie zawodzić w tej kwestii. Pomimo ogromnego dystansu do dynamicznych i bezustannych zmian moich „kobiecych kształtów”, zauważyłam, iż mimowolnie rezygnuję z pewnych trywialnych, lecz przyjemnych aktywności, takich jak wyjście na basen, spotkanie ze znajomymi czy pozowanie do zdjęć. Skoro więc musimy współistnieć, ja i moje ciało, przy tej zaistniałej okazji również będziemy się zmieniać i ewoluować, a przynajmniej… Próbować! Próbować okazać sobie odrobinę czułości.

Mój treningowy styczeń wyglądał następująco (zaczęłam od 05.01):

05.01 - Skalpel II (z krzesłem)
06.01 - Skalpel II (z krzesłem)
07.01 - Skalpel II (z krzesłem)
08.01 - Skalpel II (z krzesłem) + 15 minut Skalpela Wyzwanie
09.01 - Skalpel II (z krzesłem)
10.01 - Turbo Wyzwanie
11.01 - Skalpel II (z krzesłem)
12.01 - PRZERWA
14.01 - Skalpel II (z krzesłem)
15.01 - 10 minut Secretu + "Hit" z Sukcesu
17.01 - Skalpel II (z krzesłem)
18.01 - Total Fitness III (taki z dwoma panami towarzyszącymi Ewie)
19.01 - PRZERWA
21.01 - Skalpel
22.01 - Skalpel II (z krzesłem)
23.01 - PRZERWA
26.01 - Total Fitness III
27.01 - Turbo Wyzwanie
28.01 - PRZERWA
29.01 - 25 minut Turbo Spalania + sekwencja ze Skalpela na brzuch
30.01 - Skalpel II (z krzesłem)
31.01 - Turbo Wyzwanie

Łącznie 23 dni z ćwiczeniami. Pośród nich - zwątpienia, niecenzuralne epitety w stronę monitora, momenty słabości, błędy i sukcesy.
Błędy? Wejście na wagę - niemiarodajny wskaźnik, a jakże zniechęcający. Podczas dalszych etapów mojej małej "fitnessowej" przygody będę unikać go jak ognia.
Sukcesy? Po miesiącu walki z łatwością potrafię wykonać ćwiczenie z najczęściej wybieranego przez mnie programu, Skalpela II - przysiadanie na krzesło na jednej nodze, co na początku było dla mnie zupełnie nieosiągalne. Swoją drogą, polecam ten zestaw dla osób początkujących, jak i tych, którzy pragną wrócić do treningów - trwa niespełna pół godziny i zachęca do kontynuowania sportowej aktywności, między innymi poprzez możliwość monitorowania progresu, tak jak miało to miejsce w moim przypadku.

Zbliżając się do końca dzisiejszego wywodu, chciałabym serdecznie polecić Wam miejsca w sieci tworzone przez wspaniałe kobiety, których retoryka odnośnie tematyki zdrowego stylu życia odpowiada mi i ma realny wpływ na moje działania:
Na bazie własnych, póki co dość skromnych doświadczeń, potrafię wysnuć jedną radę - znajdźcie taką aktywność, z którą będziecie w stanie się zaprzyjaźnić. Dajcie jej szansę i przetestujcie czy pomimo tego, że początkowo może wydawać się katorgą, z czasem nie przeistoczy się w ulubioną formę dbania o siebie (i przy okazji o innych - bo tak to magicznie działa). Jeśli tak się nie stanie, szukajcie dalej, ilość prób jest właściwie nieograniczona, a możliwości mamy wiele. Dajcie sobie siebie poznać. Może okaże się to być fascynującą przygodą? 
Postaram się relacjonować dla Was własne próby. Sprawdzimy to.

Jakie są Wasze dotychczasowe przeżycia związane z aktywnością fizyczną?

Pozdrawiam i zrobię wszystko, abyście mogli przeczytać za miesiąc podsumowanie lutego.
Czytaj dalej »

sobota, 6 stycznia 2018

365 razy

Zakatarzona, z kocim towarzyszem na kolanach i obstawą w postaci nalewek - czosnkowej oraz bursztynowej (dziękuję, mamo!) - popijając herbatę z kwiatu lipy z cytryną i miodem, pragnę powitać Was w pierwszym wpisie w roku 2018.

Tym razem zmiana cyferki ani szczególnie mnie nie przeraża, ani nie wywołuje ekscytacji. Nie znajdziecie tutaj listy postanowień - nie tylko z tego powodu, że chorobowa sceneria nie sprzyja wizualizowaniu siebie jako szczupłej kobiety sukcesu, którą do spektakularnej metamorfozy zmotywowała data, mająca wyzerować licznik porażek. Główna przyczyna jest prosta – za dobrze znam swoje niezdecydowanie, emocjonalną chwiejność i zdolność do natychmiastowego poddawania się w obliczu nawet najmniejszego niepowodzenia, gdy początkowo ustanowiony cel przekracza moje możliwości i jest długoterminowy. Oczywiście nie będę przeszkadzała zmianom się wydarzyć jeśli tylko zechcą, zechcę ich ja i okoliczności będą sprzyjające, a moja praca wystarczająca, by stały się zauważalne. Co więcej, będę starała się im pomagać, stawiając malutkie kroki każdego dnia, z pełną akceptacją faktu, że być może często będzie to dreptanie w miejscu. Bo tak naprawdę już od jakiegoś czasu zaczynam od zera – to proces trwający nie od dziś i nie od 1 stycznia. To rozpoczęło się, gdy uświadomiłam sobie, że właściwie nie mam pojęcia co lubię, co mnie cieszy, fascynuje, czym chcę się zajmować w przyszłości i… Postanowiłam szukać. Na przykład w ciągu minionych dwóch tygodni udało mi się znaleźć kilka cennych i, jak to zaśpiewał na swoim najnowszym albumie boski Kortez, prawdziwie dobrych momentów. W związku z tym:

Życzę sobie i Wam, by ten rok był dla Was tak słodki i pyszny jak dla mnie są: grzane wino, pączki na Szewskiej czy piwo z syropem imbirowym. (A propos grzańca – nie wszyscy wyrażają akceptację wobec zakupu 4 litrów wina około południa 24 grudnia.)
Żeby więcej było takich chwil, jakimi dla mnie był Sylwester i kilka towarzyszących mu dni w gronie znajomych w moim ukochanym, górskim klimacie. I żebyśmy częściej potrafili szczerze cieszyć się z drobiazgów, bo one paradoksalnie mają największą moc i potrafią być źródłem największego szczęścia. Dla przykładu, w Nowy Rok tą Grzeszczakową „małą rzeczą” była dla mnie gra w „Tajniaków” przez przeszło 5 godzin. Można? Można!



I żebyście po prostu byli. Dla innych. I dla siebie. W pobliżu, w gotowości. A czasem tak po prostu. Dobrzy. Tego nauczyły mnie, ubiegłoroczne już, Święta Bożego Narodzenia. Najważniejsza jest obecność. Wiem to, bo właśnie jej mi tym razem zabrakło. Pomimo wyśpiewujących kolędy w TVN-ie Szpaków, pomimo kotów zrzucających choinkę i kotów pod choinką, pomimo moczki, pierogów, migających w różnych konfiguracjach światełek, a nawet Krakowa przystrojonego w Małgorzaty Kożuchowskie i inne Alicje Bachledy-Curuś.

Najprawdopodobniej w 2018 (lista przygotowana na bazie wyzwań z Facebooka):
  • nie zrobię szpagatu - choć za czasów bycia członkinią grupy tanecznej byłam temu bliska
  • nie przeczytam tyle, ile mam wzrostu i, o zgrozo, ile ważę; nie przeczytam 52 książek - bo, choć czytać bardzo lubię, zwykle na przyswojenie lektury potrzebuję więcej czasu niż statystyczny czytelnik bądź takie odnoszę wrażenie
  • nie przestanę przeklinać - bo językiem bawić się lubię, więc czasem potrzebuję również i takiej jego, jakże wdzięcznej i emocjonalnie nacechowanej, formy
  • nie zdam prawa jazdy - bo, na szczęście, przetrwałam już raz (a nawet cztery razy) tę męczarnię
  • będę jadła gluten, laktozę, nie zrobię 10000 pompek (a już na pewno ich nie zliczę), nie zrobię tatuażu, nie wezmę ślubu, oddam krew...
W 2018 roku chcę i będę próbować.
Z dystansem. Ze świadomością swoich zalet i upośledzeń.
Każdego dnia zaczynać od początku.
Jeśli będzie to konieczne, nawet 365 razy.
Spróbujecie razem ze mną?
Czytaj dalej »

środa, 20 grudnia 2017

Są takie sny

Są takie sny, które wyrywają mnie z ciepłych objęć słodkiego nieistnienia. W sercu nocy każą przeszywać rozkoszną ciszę przeraźliwym wrzaskiem. To nie jest mój pierwszy raz. Zachowałam w pamięci to uczucie niemocy. Gdy próbowałam wołać, a nie potrafiłam uwolnić głosu. Gdy próbowałam biec, choć nie wiedziałam dokąd. Nieobce mi są te ucieczki w nieskończoność, a moje ciało zna ból zdławionego krzyku. 
Nadaremnie szukam światła w mroku, sensu w strachu, swojskich smaków i zapachów. Marzę o znajomym głosie, ratowniczej linie, mogącej wyciągnąć mnie z niebytu. Nie wiem w jakiej znalazłam się tu formie, nie wiem kto jest kim i co jest czym. Nie wiem w którym jestem ze światów. Nie wiem czy któraś rzeczywistość przygarnie mnie, czy też niechcianą ukradkiem porzuci i podrzuci kolejnej, równie mi obcej. Miliony wymiarów imitujących mój świat. Miliony nieokreślonych warstw. A w tym wszystkim ja – kukułcze jajo w raju absolutu.
Dryfuję na granicy świadomości i niepamięci. Proszę o litość póki czas, ktokolwiek dzierży wodze. Duszę się. Wierzę, że choć droga wiedzie przez cierpienie, prowadzi do ulgi. Dotkliwie fizyczne odczucia w niematerialnej egzystencji. Dlaczego tak długo to trwa? Wkrótce nadejdzie spokój, nadejdzie już za parę chwil - choć czy aby na pewno jest to chwila, skoro zahacza o bezkres?
Tik-tak! Błagam o zakończenie przedstawienia, lecz kurtyna powiek usilnie nie zasłania sceny. Tik-tak. Nieładnie tak odchodzić bez pożegnania. Tik-tak. Gdyby chociaż jeszcze jeden powietrza haust! Tik-tak, tik-tak, tik-tak, tik-tak…
Obudź mnie – przecież krzyczę. Obudź mnie – przecież umieram.

- Czy na pewno jesteśmy tutaj sami? – zapytałam.

Jesteś tu. Położyłeś kres kolejnemu z koszmarów. 
I jestem ja, choć jeszcze nie do końca tu. 
Wypadłam z ramion Morfeusza. 
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia