wtorek, 14 marca 2017

Simple Twist Of Fate

Na studia dzienne dostałam się kilka dni przed rozpoczęciem roku akademickiego. I, nie mając czasu na rozważanie „za” i „przeciw”, już kolejnego dnia po otrzymaniu informacji pojechałam do szkoły, w której podjąć zamierzałam naukę w ramach studiów zaocznych i wypowiedziałam zawartą wcześniej umowę. Powiadomiłam także mojego pracodawcę o zaistniałej sytuacji – i może warto w tym miejscu nadmienić, że musiałam to zrobić ze względu na fakt, iż we wrześniu zdążyłam stać się „panią od śpiewu”. Panią na umowie-zleceniu. Panią Martyną. Trenerem wokalnym, czasem życiowym doradcą. Przysięgam – nie specjalizuję się w żadnej z tych dziedzin. Potrafię tylko dobrze improwizować.

Nagle znalazłam się w jednym z krakowskich autobusów z materialną esencją dotychczasowego życia zamkniętą w walizce na niesprawnych kółkach. Z nieświadomością rzeczywistości. Licząc przystanki. Wysiadłam na właściwym, ale czy właściwie wybrałam?
Jedyne, co zdążyłam sobie poukładać, to ubrania w szafie na wyznaczonych mi półkach. Bałagan w głowie pozostawiłam w stanie nienaruszonym.
Dobrze się stało, że zaczęło się dziać.


Mam 20 lat i niecierpliwię się, gdy na tramwaj muszę czekać więcej niż 5 minut. W swoje urodziny wyspałam się, głaskałam kota i piłam wino. Studiuję elektroradiologię. Mogę to chyba dumnie oznajmić, skoro przez pole minowe zwane „sesją” przemknęłam bez większych obrażeń. Kilka dni temu spotkałam na jam session Walijkę, artystkę, która powiedziała mi, że bardzo docenia moją przyszłą profesję, gdyż zmaga się z nowotworem.
Wybrałam właściwie.

"Ale takie jest życie."

książkiCzłowiek w poszukiwaniu sensu - Viktor E. Frankl
Złodziejka książek - Markus Zusak

czwartek, 25 sierpnia 2016

Spisana na straty

Nieudacznica.
W komediowym tonie chciałam opisać swoje wady. Ubytki. Upośledzenia. Jak zwał, tak zwał. Przeistoczyć w żart, przystroić w sarkazm i posłać w świat. Tak jakby przyznawanie się do ułomności zasługiwało na medal, a pogodzenie się ze swoją pierdołowatością zwalniało z odpowiedzialności czy ratowało od wylewającej się z mediów i ust znajomych, potrzeby, możliwości, a właściwie konieczności samorozwoju. Z zewsząd docierają do mnie informacje o tym, że najważniejsza jest akceptacja siebie. Akceptacja siebie - jakże pięknie to brzmi! Tylko tyle. Nic więcej. High life. To może tak zaakceptowałabym wszystko to, co dotychczas mi wadziło i byłoby z górki?
Nie ukrywam. Byłoby spełnieniem marzeń, gdyby ta moja bezpardonowość przynosiła profity. Niech szczerość usprawiedliwia lenistwo i pozwala na odcinanie kuponów od codziennych pokazów życiowej niezdarności – taka olimpijska emerytura dla człowieka zbudowanego z niedoskonałości. Przyrzekam, przyznałabym się wówczas do każdej rysy na osobowości, a że nazbierałoby się pewnie tego dość sporo, mogłabym mieć naprawdę godne życie. Z wieczną nadwagą i chorobliwie leniącym się kotem.

Może powiać absurdem.
Przeraża mnie wykonywanie telefonów. Wybieranie numeru. Ten lęk paraliżuje mnie czasem do tego stopnia, że przed odbyciem danej rozmowy ledwo powstrzymuję się od zapisania na kartce swojego imienia, nazwiska lub słów, którymi mam przywitać rozmówcę. „Dzień dobry” na przykład. Na wszelki wypadek. Bo jestem wtedy święcie przekonana, że zapomnę jak to należy zrobić. Pierwszy sygnał. Bicie mojego serca mogłoby zastąpić perkusyjną stopę w Through The Fire And Flames DragonForce. Drugi sygnał. Obawiam się, że gdybym była świadkiem pożaru, potrzebne służby usiłowałabym przywołać smsem. Trzeci sygnał. „Dzień dobry”. Nie taki diabeł straszny.
Umiejętności retorskie regularnie ćwiczę przed komisją, w której skład wchodzi i której przewodzi wspomniany wyżej kot – Bemol. Jego miauczenie odbieram jako zrozumienie moich elastycznych (łagodnie to ujmując) poglądów na temat świata. Co najmniej kilka razy w roku pozwalam sobie na bardzo przelotne romanse z Chodakowską, siłownią, ciemnym pieczywem i dzienną zalecaną ilością wypitej wody. Gdy dbam o kwiaty, usychają bądź gniją, wedle uznania i wielkości mojej niezdarnej miłości, którą w nie wpakowałam, wymachując konewką. Ręce mam wiecznie zaplamione od atramentu, bo postanowiłam przysiąc dozgonną miłość piórom. Nienawidzę spodni. Na rajstopy wydaję więcej niż uzależniony na papierosy.
Niekonsekwentna. Nieokreślona. Niesamodzielna. Taka jestem. Przerobiona na masę, plastyczna, do ukształtowania, próbująca „odnaleźć samą siebie” jak Różewicz przykazał. Nie boję się samotności, ciszy, „nudy”…


Jeżeli jesteś czytelnikiem, który w poszukiwaniu blogów lifestylowych zabłądził i trafił tutaj, to polecam zwiewać stąd szybciej niż Usain Bolt w Rio. Bo to jest, i najpewniej będzie, najbardziej antylifestylowy blog, jaki można sobie tylko wyobrazić. Nie mam bowiem pewności, że kiedykolwiek pośród miliona „wydaje mi się” pojawi się tu jakieś „wiem” lub „jestem pewna”. Nie obiecam jednak, że nie zachce mi się kiedyś pisać o makijażu, plackach gryczanych czy kanałach na YouTube, bo, na przekór starej duszy i zdziwaczałemu stylowi pisania, im bardziej przyziemna rozrywka, tym dłużej bujam się ze szczęściem na huśtawce nastrojów. Wymyśliłam sobie to całe blogowanie, mające być wyrazem szczątkowej, lecz buzującej we mnie nadziei, gdyż jeszcze wierzę, że mam predyspozycje do tego, by pokochać życie. Chciałabym się przekonać czy potrafię wiarę zmienić w czyn. Stachura napisał: „dla wszystkich starczy miejsca pod wielkim dachem nieba”. Może więc i dla mnie znajdzie się jakiś, choćby zakurzony, kąt?

Zapraszam Cię w podróż, której celem jest skreślenie mnie z listy spisanych na straty.
To jak? Jedziemy?

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Miłość, przyjaźń, muzyka

Wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie. Za tymi zmianami nie potrafię nadążyć. Nic w tym złego. To tylko swoista bariera ochronna przez rozstrojem emocjonalnym. Myśl mniej, jeszcze mniej, coraz mniej... I żyj. Nie musisz pochłaniać każdej wiadomości z serwowanego Ci codziennie chaosu informacyjnego. Filtruj rzeczywistość i wyrzuć z głowy poczucie, że musisz bezkrytycznie przyjmować i akceptować to, co tak naprawdę Cię przytłacza.

Tak sobie mówię. Tak sobie to wszystko tłumaczę. I wśród pędzących, wakacyjnych jeszcze dni, staram się odnaleźć znajome, muzyczne zakątki.

Chciałabym być silną, murowaną konstrukcją, której żaden pojawiający się znienacka wilk nie byłby w stanie zdmuchnąć. Póki co, mogę się zidentyfikować jedynie z namiotem (najchętniej tym z woodstockowego pola), który, choć podatny jest na wiatr, swoje wnętrze potrafi uchronić przed deszczem. Bo takie akurat trafiło nam się szczęście – nasz namiot, nawet podczas pierwszego dnia Przystanku, zagwarantował nam suchy kąt. I pięknie było, muszę to przyznać! Byłam przeszczęśliwa, mogąc stać się po raz drugi częścią najpiękniejszego festiwalu świata, promującego hasło, które powinno być dewizą codzienności – „miłość, przyjaźń, muzyka”. Choć okazuje się, że nawet o te fundamentalne wartości trzeba dziś walczyć. Bo nagle jeden urzędnik, zapewne w sterylnym biurze i za ciasnym garniturze, postanowił ogłosić Woodstock imprezą o podwyższonym ryzyku. I dzięki temu - bo nie mogę powiedzieć, że „przez to” - te dni nabrały naprawdę wyjątkowego kształtu. Tłum kontestujący poprzez zabawę przy dźwiękach płynących ze sceny. Czy można wyobrazić sobie bardziej wdzięczną formę buntu wobec niesprawiedliwości?

Zresztą, odnoszę wrażenie, że wszystkie kontrowersyjne wypowiedzi, afery i fałszywe opinie tworzą, a następnie bezmyślnie przekazują osoby, które nigdy nie zawitały na teren festiwalu, a co za tym idzie - nie poczuły jego atmosfery i nie zrozumiały przesłania. A tak się składa, że jest to miejsce dla każdego, niezależnie od wieku, poglądów, pochodzenia czy statusu społecznego. Bowiem na Przystanku Woodstock można zaobserwować wyjątkowe zjawisko, mianowicie... Wraz z przyjazdem do Kostrzyna nad Odrą, raz w roku, w wielu ludziach budzą się nieodkryte na co dzień pokłady wrażliwości, zrozumienia i radości. A wynika to z faktu, iż mogą wyzbyć się wstydu, pewnych zahamowań, które przywarły do nich w otoczeniu pracy czy w towarzystwie rodziny. Tam znika strach przed osądem. Tam wyróżnianie się, bycie kolorowym, nietuzinkowym to zaleta. Tam wyrażanie emocji poprzez łzy czy krzyk, nie budzi sensacji. Przez trzy dni Ci ludzie mogą tańczyć, śmiać się i zapomnieć o troskach, poznając innych, chcących dokładnie tego samego - poczucia wolności od barier ograniczających ich przez cały rok. Nie mogąc pozostać obojętna wobec tych faktów, a także biorąc pod uwagę znakomitą organizację tego przedsięwzięcia, będę z dumą opowiadać o tym miejscu i jego magii, której nie sposób czymkolwiek zastąpić.


Muzyką podbija się ludzkie serca. Moje, choć stosunkowo młode, już dawno zdominował zespół Queen. Po raz trzeci dostąpiłam zaszczytu obcowania z cudem ich twórczości na żywo. Jestem niesamowicie wdzięczna członkom zespołu za świadomość ponadczasowości ich przebojów i odwagę do grania koncertów w niełatwych czasach. Ich muzyka wciąż ma wielką moc, niezmiennie jest ponad wszelkimi podziałami. Dziękuję za to, iż pomimo, że nie było mnie na świecie w czasach świetności grupy, wciąż mogę poczuć ten rodzaj magii. Na Live Festival Oświęcim zawitałam z moimi przyjaciółmi i mam nadzieję, że wydarzenie to zaszczepiło w nich miłość do zespołu. Nigdy nie zapomnę tego zjawiskowego koncertu w strugach deszczu - gdy łzy zlały się z ulewą i miałam przyzwolenie na nieograniczone wzruszenia! 

"Obiecuję."
Tak mi kiedyś powiedział. Cztery lata temu. I dotrzymał słowa. Zabrał mnie na koncert Stinga.
Katowice, kilka godzin później Gdańsk. Wyprawa do Sopotu wzdłuż wybrzeża. Deszcz. Opera Leśna. Nieistotne stają się niedogodności podróży. Spełnia się moje marzenie. Słyszę "Every Breath You Take".
Dziękuję.

Zawsze istnieje jakieś rozwiązanie. Na odnalezienie każdego potrzeba czasu.
To nieznośne oczekiwanie polecam wypełnić dobrymi koncertami!